Między matematyką a muzyką

 


- Jaki wpływ na zawód muzyka miało ukończenie przez Pana studiów matematycznych na UMK w Toruniu, czy powołanie muzyczne i wykształcenie matematyczne było szukaniem podobieństw, czy łączeniem przeciwieństw?

 

- Najważniejsza jest tu chronologia. Średnią szkołę muzyczną powinienem był ukończyć, zanim poszedłem na studia matematyczne, ale w tamtych czasach system kształcenia uniemożliwiał taką naturalną kolejność, w związku z tym ukończyłem najpierw studia matematyczne, a potem średnią szkołę muzyczną. Cały czas zresztą grałem na skrzypcach, a potem na altówce, udzielając się w różnych zespołach. Na początku był to "Młody Toruń", a potem założyliśmy z trzema kolegami skrzypkami i jednym wiolonczelistą kwartet smyczkowy. W czasie studiów matematycznych działałem dosyć aktywnie w Komisji Kultury ZSP i organizowaliśmy wówczas chór i orkiestrę studencką. A same studia matematyczne nauczyły mnie głównie umiejętności wypowiadania się w sposób ścisły - bez zbędnych dodatków. Dały też szacunek dla pewnych uporządkowań.
Ukończyłem specjalność informatyczną i interesowałem się zastosowaniem komputerów w procesie tworzenia, czyli w komponowaniu muzyki - aż po zastosowania ich w obecnym czasie. Zasadniczo jednak nie widzę większego wpływu moich studiów matematycznych na obecny zawód. Generalnie każdy człowiek podczas studiów bardzo mocno się rozwija, niezależnie od tego, jaki kierunek sobie wybrał. Samą więc wartością są studia i środowisko, w którym się znajduje i jego chęć poznawania, chęć działania wspólnego. Nie ukrywam natomiast, że bardzo dobrze mi się współpracowało i grało z osobami, które miały wykształcenie ścisłe. Przez przeszło 10 lat grałem w kwartecie, który założył prof. Aleksander Jabłoński, nasz toruński fizyk, notabene uczeń skrzypka Stanisława Barcewicza. Profesor grał pierwsze skrzypce w tym kwartecie. Miał cechę bardzo ważną, mianowicie świetną pamięć do tempa utworu, cechę, której ja akurat nie posiadam. Na wiolonczeli grał natomiast matematyk Jerzy Kubrycht. Było to domowe muzykowanie podczas wieczorów czwartkowych. Trzeba przyznać, że przez te 10 lat nie powtórzył się chyba żaden utwór - graliśmy ciągle coś nowego.

 

- Toruńska Orkiestra Kameralna pod Pana dyrekcją daje koncerty w kilku cyklach, m. in. w ramach Letniego Festiwalu "Toruń - Muzyka i Architektura". Co zainspirowało powstanie tego Festiwalu, czy były to zainteresowania pozamuzyczne, tj. architektura, której wspaniałym przykładem jest właśnie Toruń?

 

- Oczekiwaną formą produkcji muzycznej są właśnie letnie koncerty. Toruń jest bogaty w zabytki i wiele miejsc nadaje się na koncerty kameralne. Idea Festiwalu narodziła się podczas współpracy z dyrektorem Jerzym Salwarowskim, który był wówczas kierownikiem artystycznym. Z nim właśnie dyskutowaliśmy nad ożywieniem muzyką miejsc zabytkowych i tych pięknych wnętrz. Sam Ratusz ma ich kilka - dziedziniec, podziemia czy Sala Mieszczańska. Podczas siedmiu Festiwali gościliśmy w 13 zabytkowych obiektach. Ale tych miejsc jest dużo więcej. Nasze zabytki są oryginalne i od czasu wojen szwedzkich nienaruszone. Koncerty zawsze odbywają się w trzech gotyckich kościołach - tj. w katedrze św. Janów, w kościele św. Jakuba i Najświętszej Maryi Panny, a w tym roku dojdzie jeszcze wprawdzie nie gotycki, ale też zabytkowy kościół św. Ducha. Mamy nadzieję, że w przyszłości będzie on bardziej eksponowany ze względu na największe w Toruniu organy, które są tam właśnie instalowane. A przecież muzyka sakralna z organami jest ogromnym rozdziałem twórczości muzycznej. Dodatkowo koncerty odbywają się w zamku krzyżackim, w Pałacu Dąmbskich, Kamienicy pod Gwiazdą i w Sali Kolumnowej Towarzystwa Naukowego. Są to miejsca warte ożywienia muzyką. W lecie przybywa do Torunia wielu turystów i jest to dziedzina, w której możemy dużo ciekawego przedstawić. Muzyka jest uniwersalnym językiem.

 

- Obchodząca ćwierćwiecze działalności Toruńska Orkiestra Kameralna powstała w 1979 r. 0d 25 maja 1994 r. jest Pan jej dyrektorem. Jak ocenia Pan to ostatnie dziesięciolecie?

 

- Udało się zrobić wiele dobrego. Kiedy w 1990 r. powstał Samorząd Miejski, stał się on mecenasem dla Orkiestry i "Baja Pomorskiego". Pod opieką Samorządu Orkiestra rozwinęła się z 27-osobowej orkiestry kameralnej do dzisiejszej 44-osobowej, a w 2006 r. - mamy nadzieję - dojdzie do 52-osobowej. Będzie to wówczas Mała Orkiestra Symfoniczna. Będzie miała pełne prawa do tej nazwy, ponieważ w grupie dętej nastąpi poszerzenie do 4 waltorni i 3 puzonów. Od roku 1994 Orkiestra grała już programy filharmoniczne, które były możliwe do wykonania ze względu na posiadany skład wykonawców. Już w sezonie 94/95 rozpoczęliśmy cykl "Mała filharmonia". Co miesiąc graliśmy kolejną symfonię Beethovena.
Nowością były też koncerty popularne w niedzielne popołudnia, czyli w terminie dogodnym i oczekiwanym przez słuchaczy. Ten właśnie cykl koncertowy ma bardzo wierną publiczność. Prezentujemy różnorodną muzykę i staramy się mieszkańcom Torunia wynagrodzić brak teatru muzycznego czy opery. Również od tamtego - przełomowego - sezonu przyjęliśmy zasadę, że w każdym tygodniu prezentujemy koncert. Przez trzy kolejne tygodnie są to koncerty orkiestrowe, a w czwartym - koncert zespołu kameralnego albo recital. Kontynuowane były - rozpoczęte wcześniej - Koncerty Uniwersyteckie z wykładem pracownika naukowego UMK. Współpracujemy też z obydwoma chórami akademickimi, z ich udziałem właśnie wykonaliśmy IX Symfonię Beethovena w czerwcu tego roku.
W czasie ostatnich dziesięciu lat dokonaliśmy pierwszych płytowych nagrań naszej orkiestry, z których 5 CD jest w sprzedaży, koncertujemy w znakomitej (choć nie za dużej) Sali Wielkiej Dworu Artusa, w którym mamy również swoją siedzibę. Rozpoczęliśmy współpracę z najlepszymi solistami i dyrygentami.
Niestety jest też cień naszej pracy - są nimi pensje muzyków. Wielką niesprawiedliwością jest, że bardzo ciężki zawód muzyka, wymagający wieloletniego przygotowania, jest tak nisko opłacany. W uposażeniach jesteśmy poniżej średniej krajowej. Wykształcenie muzyczne okupuje się bardzo dużą pracą. Bycie dobrym muzykiem wymaga dużej ilości czasu i ćwiczenia. Niskie uposażenia to cień, który się kładzie na działalności naszej instytucji. A mamy bardzo dobrze przygotowanych do zawodu muzyków, nie tylko w Toruniu, ale w całej Polsce.

 

- Co radziłby Pan młodym przygotowującym się do tego zawodu?

 

- Wydaje mi się, że przyszłość ludzi, którzy kształcą się muzycznie, powinna przebiegać dwutorowo. Nie wolno ograniczać się do kształcenia nauki gry na instrumencie, bo to jest za mało. Trzeba mieć jeszcze drugi zawód. Jeżeli jest się w stanie znaleźć go poza muzyką, to dobrze. Jeżeli w muzyce, to w innej dziedzinie niż tylko wykonawstwo na tym jednym instrumencie. Bardzo dobrze jest posiąść umiejętność gry na dwóch instrumentach lub śpiewu i grania. Bardzo wielu ludzi może odnaleźć się - obok gry na instrumencie - także w reżyserii dźwięku czy w innych dziedzinach muzycznych. Z pewnością jednak jest rzeczą nieostrożną bardzo wąskie kształcenie. Tak się zdarza, że bardzo wielu muzyków wykonuje różne zawody, np. wśród moich kolegów mam waltornistę, który jest lekarzem kardiologiem. Tak samo dobrze jest poznać różne dziedziny muzyki, w których instrumentalista może się poruszać. Mam na uwadze tutaj muzykę dawną wykonywaną obecnie na kopiach dawnych instrumentów.

 

- Roman Ingarden w swojej książce pt. "Utwór muzyczny i sprawa jego tożsamości" mówi, że dzieło muzyczne jest tworem intencjonalnym, z czego wynika bogactwo jego interpretacji uzależnione od wykonawców. Czy w muzyce istnieją jednak pewne reguły, czy są cechy wspólne utworu muzycznego z matematycznymi twierdzeniami i dowodami?

 

- Ależ oczywiście tak, to znaczy poza utworami impresjonistów, którzy tworzyli trochę na innej zasadzie niż pozostali kompozytorzy. Dobre dzieło muzyczne - począwszy od muzyki dawnej, aż do początków XX wieku - ma swoją konstrukcję, która wtedy jest dobra, gdy ma logiczną budowę. I tak na przykład jedna z pierwszych zasad, funkcjonująca w budowie allegra sonatowego, to dwa przeciwstawne tematy, które muszą być różne w charakterze - jeden jakiś radosny, drugi melancholijny. W każdym razie jest to zasada - poczynając od bardzo ścisłych konstrukcji kontrapunktycznych, które jeszcze w dawnych wiekach były obowiązkowe, aż do konstrukcji klasycznych już mocno rozwiniętych, które miały dużo swobody w romantyzmie. To wszystko broni się wówczas, gdy jest przemyślanym tworem, z dobrą narracją. Tak samo jak w dowodzie matematycznym istnieje ciąg pewnych implikacji. Moim zdaniem, dobry utwór muzyczny musi być poddany takiemu procesowi. Oczywiście było bardzo różnie w różnych okresach muzycznych, w historii muzyki. W muzyce dawnej obowiązywał ścisły kontrapunkt, trochę inaczej to wyglądało w klasycyzmie, gdy powstawała symfonia i kiedy forma sonatowa miała swój rozkwit. Co innego nabrało znaczenia w czasach romantyzmu, kiedy pierwiastki narodowe weszły w życie, a co innego w dzisiejszych czasach, gdy tryumfy odnosi tzw. minimal music, czyli jeden motyw gra się mnóstwo razy. Z kolei czym innym jest muzyka popularna. Muzyki, aby ją ocenić, trzeba bardzo często słuchać. Wówczas jest szansa, że się ją rozumie. I dlatego grzechem zaniedbania jest, jeśli dziecku nie daje się słuchać dobrej muzyki, która rozwija jego wrażliwość muzyczną i słuch.

 

- Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała: Helena Maniakowska

 


Więcej informacji o Toruńskiej Orkiestrze Kameralnej, jej składzie osobowym, prezentowanych cyklach koncertowych i repertuarze, można przeczytać na stronie internetowej http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/gr_or_tok_torun


Pierwotna wersja powyższego tekstu ukazała się w czasopiśmie Głos Uczelni, nr. Lipiec-Sierpień (7) 2004.